MIGUEL
AND THE LIVING DEAD - Alarm!!! (Strobelight Rec. 2005)
Data dodania: 20-09-2005
Bez bicia sie
przyznaje, ze to wydawnictwo bylo najbardziej oczekiwana przeze mnie plyta
roku. Moze to wydawac sie dziwne, zwazywszy, ze mówimy o pierwszym
objawieniu nagraniowym zespolu, który zadebiutowal przed publicznoscia
w lutym 2004 roku. Jesli wezmiemy jednak pod uwage, ze chodzi o zespól,
który jako jedyny w Polsce gra muzyke, która mozna okreslic
jako polaczenie deathrocka, horror punka i nowej fali z elementami psychobilly,
a czasem nawet...ska, to rzecz staje sie nieco jasniejsza. Jesli dodamy do
tego, ze juz swoja demówka chlopaki narobili niezlego zamieszania i
to nie tylko w skali krajowej, ale takze w glowach maniaków trupio-wampirycznego
grania w Europie zachodniej, a nawet po drugiej stronie oceanu, to moje oczekiwanie,
moze byc juz co najmniej zrozumiale. No i jesli dodamy do tego, ze kazdy ich
kolejny koncert zbieral coraz bardziej entuzjastyczne recenzje, to nikt juz
chyba nie bedzie mial watpliwosci dlaczego nie moglem sie doczekac ich pelnoprawnego
debiutu. W koncu cierpliwosc zostala nagrodzona, i w lipcu, nakladem austriackiej
wytwórni Strobelight Records, ukazala sie plyta zatytytulowana „Alarm!!!”,
zwiastujaca swiatu, ze oto ze swojego cuchnacego grobu wyczolgal sie Miguel
i jego nie-do-konca-martwa kompania.
Juz patrzac na okladke stylizowana na plakaty horrorów z lat 50-tych
i zdjecia we wkladce ukazujace chlopaków jako bande trupio-bladych
mlodzienców kosztujacych uroków zycia po zyciu, widac, ze zespól
wyraznie wytyczyl sobie granice stylistyczne w których sie porusza
i realizuje je z zelazna konsekwencja, znajac na wylot reguly rzadzace konwencja.
Zamierzenie to przeklada sie te na muzyke, w której slychac odwolania
do takich tuzów gatunku jak UK Decay, Damned, 45 Grave, Misfits, a
takze do znanych z naszego podwórka zimnofalowych 1984. O zadnym powielaniu
schematów mowy byc jednak nie moze, bo zespól traktuje te wzorce
tylko jako punkt wyjscia do stworzenia wlasnego, oryginalnego i momentalnie
rozpoznawalnego stylu. Na pewno ulatwia im to fakt, ze muzycy nie sa nowicjuszami,
tylko starymi wyjadaczami - 3/5 skladu udzielala sie wczesniej w znanej w
kregach goytcko-nowofalowych kapeli Eva. Technicznie Miguelom, tez nie mozna
nic zarzucic, bo po prostu sa bardzo dobrymi muzykami, a wokalista Slavik
juz od pierwszych minut udowadnia, ze miejsce za mikrofonem zajal nie przez
przypadek, a ze przy okazji pomyslów na kompozycje chlopaki maja co
nie miara, to plyty slucha sie bez znuzenia, bo nie ma na niej slabych numerów.
Cala plyta jest utrzymana na równym, wysokim i (nie zawaham sie uzyc
tego slowa) swiatowym poziomie i to zarówno od strony muzycznej jak
i realizacyjnej.
Nie bede wymienial najlepszych utworów na plycie, bo wedlug mnie kazdy
kolejny kawalek, to potencjalny hicior. Niezaleznie od tego, czy bedzie to
oparty na mocnej linii basu „Alien Wear Sunglasses”, rozpoczynajacy
sie „góralska” przygrywka „Night of Terror”,
balladowy „Sexy Velvet Shadow”, gothabillowy „Train of the
Dead”, czy transowy „Ghostmaniac”, od pierwszego do ostatniego
numeru wszystkie piosenki wpadaja w ucho po jednym przesluchaniu, trafiaja
do glowy i siedza w niej nie dajac Ci spokoju, dopóki nie posluchasz
ich jeszcze raz.
Jedyne do czego musze sie przyczepic to tego, ze na plycie nie pojawily sie
znane z koncertów covery. Brakuje „Smalltown Boy” Bronski
Beat, oraz tytulowej piosenki z flimu „Ghostbusters”, która
wykonywana na zywo wywolywala zawsze najwieksza euforie publicznosci. Jednak
ronic lez z tego powodu nie bede, bo z obozu Miguela i Zywych Trupów
docieraja plotki, ze planowane jest nagranie winylowej epki z tymi numerami.
Nie pozostaje mi wiec nic innego, jak skrócic sobie czas oczekiwania
na kolejne wydawnictwo warszawskich umarlaków, sluchajac po raz kolejny
ich grobowych przebojów, a Wam radze szybko sie zakrecic i zdobyc „Alarm!!!”,
bo cos tak czuje, ze za pare lat za pierwsze wydanie tej plyty bedzie mozna
zgarnac ladny grosz.... no i co z tego, ze bedzie troche trupem zajezdzal.
(Wrzosek)